• Wydawnictwo Górnicze Sp. z o. o.
  • ul. Kościuszki 30, 40-048 Katowice
  • tel. 32 428 87 12, 32 428 87 13
  • faks: 32 428 87 00
  • email: wydawnictwo (at) gornicza.com.pl

Wszystkie ceny podane w serwisie zawierają podatek VAT.

Wojownik Mintawajów

Utworzono: czwartek, 08 października 1998

Wojownik Mintawajów

W oczach Mintawajów wyszedłem na absolutnego gołodupca. Cóż, nie miałem trzech toporków, aby móc kupić sobie żonę. Jeszcze bardziej zbłaźniłem się podczas polowania w dżungli na małpy. Mimo to wódz plemienia nobilitował mnie do najniższej rangi wojownika. Z polowania przywiozłem łuk z zatrutymi strzałami - opowiada Mieczysław Bieniek po kolejnej wyprawie w świat.

Bieniek ze swoimi wrażeniami, gawędą i zdjęciami gościł już na naszych łamach dokładnie przed rokiem. Przypomnijmy zatem: przez 27 lat był statecznym górnikiem - przodowym, strzałowym, ratownikiem - w kopalni "Wieczorek". Przed czterema laty przeszedł na emeryturę. Ale już przedtem ciągało go po świecie. Przemierzył całą Europę, był też m.in. w Wietnamie, Kambodży, Tajlandii, Laosie, Birmie, Malezji, na Sumatrze, Jawie i Borneo. Teraz wraca z opowieściami z najnowszej - trwającej od stycznia do maja - wyprawy w rejon Archipelagu Wysp Subirut na Oceanie Indyjskim.

- Któż nie marzył o otarciu się i poznaniu "łowców głów", o obcowaniu z ludźmi nie "skażonymi" jeszcze jakąkolwiek cywilizacją? W poszukiwaniu - w prasie, internecie - takich pierwotnych ludów dowiedziałem się o Mintawajach. Przygotowania do wyprawy zajęły mi dwa lata. Wreszcie w styczniu znalazłem się na pokładzie samolotu, lecącego z Warszawy do Amsterdamu, a stamtąd do Singapuru. Następnie wodolotem dotarłem na Wyspy Baham. Dalej była Sumatra i doba drogi statkiem w kierunku Archipelagu Wysp Mintawaj - relacjonuje Bieniek.

Na miejscu musiałem znaleźć przewodnika i tłumacza. Tej roli podjął się miejscowy nauczyciel Moli. Oczywiście, był czymś dużo więcej, niż - na nasze europejskie wyobrażenia - tylko przewodnikiem i tłumaczem, pomocnym w drodze i znającym narzecza tamtejszych Indian. Musisz wiedzieć, że biały człowiek nie ma w dżungli jakichkolwiek szans na przeżycie. I nie chodzi tylko o to - nie był to przecież mój pierwszy kontakt z tropikalnym lasem - że poruszasz się pośród ściany zieleni, gdzie tak naprawdę jedyną drogą są rzeki i małe strumienie. Przewodnik, oprócz pomocy w drodze - do Mintawajów przez osiem godzin płynąłem łodzią motorową, by następnie przesiąść się na łódkę wiosłową - i znajomości miejscowych narzeczy strzeże cię jednocześnie przed nieświadomym, bezwiednym, nieopatrznym gestem lub zachowaniem, który może być przez tubylców źle odebrany. Zdarzyło mi się, że - nie poradziwszy się wpierw Moliego - musiałem co prędzej salwować się ucieczką po zrobieniu zdjęcia jednemu z wojowników Mintawajów. Po błysku flesza uznał on, że w ten sposób odebrałem mu duszę. Sytuacja była naprawdę groźna. Później dowiedziałem się, że nieznajomość takich niuansów kosztowała życie jednego z wnuków Rockefellera - opowiada Bieniek.

- Mintawajowie żyją w wioskach, zaludnionych na ogół przez 3-4 rodziny. Trzyczęściowy rozkład ich domów na palach - chodzi o to, aby ustrzec się przed inwazją węży i wciskaniu się rozmaitej menażerii z dżungli - odpowiada ustalonej hierarchii. Jest więc wspólna świetlica, w której gromadzą się wszyscy mieszkańcy oraz osobne pomieszczenia dla mężczyzn i kobiet z dziećmi. Osobami szczególnego traktowania są wódz i szaman. Ten drugi pełni rolę - no, powiedzmy - kapłana, przywódcy duchowego, lekarza i strażnika ciągłości tradycji.

Zrazu Mintawajowie przyjęli mnie nadzwyczaj powściągliwie. Usiedliśmy z Molim, ale nikt ani do nas nie podszedł, ani nie próbował nawiązać rozmowy. Wcześniej od włoskich misjonarzy dowiedziałem się, jak przełamać tę nieufność. Zostałem więc ostrzeżony, aby, broń Boże, nie wyciągać na początek aparatu fotograficznego lub kamery. Doradzili mi też, by koniecznie mieć przy sobie papierosy, cukier i słodycze dla dzieci. I były to zaiste dobre rady. Tego papierosowego "paszportu" po raz pierwszy użyłem - podobnymi ruchami rąk "od serca" odpowiadając na jego powitalną gestykulację - wobec szamana wioski. Po tej wstępnej ceremonii uderzył drewnianymi pałeczkami w bęben. Jego dudnienie sprawiło, że nadeszli wódz i wojownicy. Raz jeszcze sięgnąłem po paczkę z papierosami, a dopełnieniem konfidencji było wyjęcie z plecaka cukru do wspólnej herbaty - opowiada szopienicki obieżyświat.

- Wierz mi, w pierwszą noc w dżungli - jakkolwiek nie byłbyś zmęczony - na pewno nie zaśniesz. "Koncert" tropikalnego lasu jest doprawdy niesamowity. Tego nie da się opowiedzieć, bo jak tu oddać na przykład dźwięki przypominające piłowanie żelaza?

Codzienność Mintawajów upływa na koegzystencji z dżunglą. Właściwie wszystko, co jest im potrzebne do życia, odnajdują w promieniu kilkuset metrów od wioski. W tych najdalej położonych, do których zdołałem dotrzeć, jedynymi rekwizytami przemysłowej cywilizacji są siekiery i maczety. Są one zarazem najważniejszym środkiem płatniczym. Za trzy toporki i dwie maczety oferowano mi młodziutką Indiankę. W oczach wodza wioski, który zaproponował mi taki kontrakt - cóż, nie miałem z sobą, niestety, tego rodzaju "waluty" - wyszedłem na ostatniego nędznika, którego nie stać na to, aby kupić sobie kobietę - boleje nad swoim ubóstwem.

Dla Europejczyka obcowanie z ludem Mintawajów bywa niekiedy kłopotliwe. Zwłaszcza kiedy przychodzi do oswajania się z ich nawykami kulinarnymi.

- Właściwie jedynym zajęciem mężczyzn jest polowanie i nocne opowieści przy ognisku. Kobiety, oprócz opiekowania się dziećmi, zajmują się zbieractwem - bananów, owoców drzewa duriana, dzikich ananasów (mają zapach długo nie pranych skarpetek lub psiej kupy, acz ich miąższ jest przepyszny.) oraz chowem kur.

- Nazajutrz po przybyciu do wioski byłem podejmowany chlebem z miąższu, rosnącego opodal w dżungli, drzewa sagu. Po wysuszeniu i owinięciu w liście bambusa jest następnie pieczony w ognisku. Uzupełnieniem tego ciągliwego, gumowatego chleba była masa, sporządzona z czerwonych mrówek. Razem było to bardzo dobre i bardzo słodkie - przekonuje Mieczysław Bieniek.

Ale zdarzało mu się jadać jeszcze bardziej wyszukane "rarytasy".

Kiedy już zostałem prawdziwym Mintawajem i wojownikiem - przedtem musiałem pozbyć się europejskiego stroju, a szaman wioski odprawił nade mną związane z tą inicjacją "czary" - mogłem już uczestniczyć w polowaniu na małpy. Przed wyprawą w dżunglę tenże szaman długo ucierał kompozycję ziół, która, nałożona na strzałę, powodowała, że trafiona małpa ginęła praktycznie natychmiast. Cóż - ku rozbawieniu innych wojowników, którzy trafiali na ogół za pierwszym razem i podkpiwali, że przy mojej niezręczności w polowaniu na pewno nie zdołałbym utrzymać rodziny - mój myśliwski rezultat był żałosny. Przyznam, że mięso małpy nieszczególnie mi smakowało. Było słodkawe, łykowate... - wzdraga się wojownik z Szopienic.

U gospodarzy nie mógł sobie jednak pozwolić na taką szczerość.

W drodze z polowania jeden z wojowników odłupał kawał kory ze zwalonego pnia i wydłubał z pnia garść larw. Miały 4-8 cm długości, były grube, mięsiste, ruchliwe... Zjadł ze smakiem, głaskaniem po brzuchu dając mi do zrozumienia, jak wielkim częstuje mnie rarytasem. Oczywiście, nie mogłem ani odmówić, ani tym bardziej pozwolić sobie na jakiś grymas obrzydzenia, który byłby zapewne odczytany jako uchybienie zasadom gościnności i dobrego wychowania. Ta wymyślna "potrawa" przypominała smakiem połączenie miodu z kokosem - opisuje to szczególne dogadzanie podniebieniu Bieniek.

Nobilitacja na wojownika miała i ten walor, że podróżnik z Szopienic poznał tajemniczą zawartość, zawieszonych u powały chat Mintawajów, sakw ze skór dzikich świń.

- Po kilku tygodniach pozostawania pośród tego pierwotnego ludu oswoiłem się już z tym, że naturalnymi rekwizytami w ich domostwach są czaszki ludzi, małp i świń. Kiedy jednak pytałem o zawartość owych tajemniczych sakw, w odpowiedzi niezmiennie słyszałem - tabu, tabu, tabu... Jako wojownik zdołałem jednak zgłębić i tę tajemnicę. Otóż zawierały one... afrodyzjaki. I to na każdą okoliczność: pomagające spłodzić dziecko, odwlekające prokreację, pobudzające męską jurność i... długo by jeszcze ciągnąć. Jako wojownik mogłem nawet popróbować, ale do domu nie wziąłem żadnego z tych specyfików, bardziej od bagażu zatrutych strzał lękając się ewentualnych kłopotów przy przekraczaniu granic - śmieje się Mieczysław Bieniek.

I obiecuje opowieści i zdjęcia z kolejnych, równie egzotycznych wypraw.

Jerzy Chromik

Projekty unijne
Czasopisma
Polecamy
Specjaliści PBSz budują m.in. nowy szyb Bzie-Dębina dla JSW

Jest zgoda na zakup PBSz

Akcjonariusze Jastrzębskiej Spółki Węglowej wyrazili zgodę na ustanowienie zabezpieczeń majątkowych....
Moment zawarcia umowy pomiędzy Muzeum Górnictwa Węglowego a Browarem Zabrze. Od lewej: Krzysztof Lewandowski, wiceprezydent Zabrza, Bartłomiej Szewczyk, dyrektor MGW w Zabrzu, Jarosław Rzepka, dyrektor Browaru Zabrze oraz Renata Błądzińska, szefowa marketingu browaru

Chmielenie na zimno

Piwo zawsze było częścią górniczej tradycji. Tam, gdzie fedrowały kopalnie,...
Rybniccy żużlowcy na meczu Północ-Południe w Łodzi pod koniec marca 2019 r.

„Czarny sport” w górniczych barwach

Żużlowcy Klubu Sportowego ROW Rybnik będą ścigać się pod barwami...
Wiedziałeś, o tym, że używasz starej wersji przeglądarki Internet Explorer? Zaktualizuj przeglądarkę teraz!